Józek nie wrócił Znów
katalog |katalog |strona www
„Józek nie wrócił. Znów śpię na jego łóżku. Poeta w stodole. Gospodyni wspaniałomyślnie usłała łoże na nas dwoje „Przecie, jakże to Pani mąż będzie sam" Omal nie sklęłam baby. Ładnego męża mi wybrała! Płaczę w Józkową kołdrę, przepraszam za nie odpisane listy, taka jestem ciągle załatana. Niech wybaczy, niech się nie dziwi mojemu życiu. Może kiedyś po wojnie...
Pierwszy autobus wyrzuca nas na rynku w Radzyniu. Idę do restauracji, w której pracuje Mańcia, koleżanka Jadzi z Lubartowa. Manci jeszcze nie ma. Wobec tego poeta zaprasza mnie do swego kolegi, Zbyszka. Otwiera nam pani, którą wzięłam za siostrę Zbyszka, okazuje się, że to jego matka. Zbyszek i poeta zabierają się od razu do obgadywania swoich spraw. Mówią o poezji Pani Maria uśmiecha się pobłażliwie. Jej drugi syn, Jurek, o urodzie greckiego bożka, na razie milczy, słucha. Patrzę na panią Marię, na jej synów — jaki los czeka całą tę trójkę Kogo z nich oszczędzi wojna
W restauracji wszystkie stoliki zajęte. Mańcia w białym fartuchu wygląda jak pielęgniarka. Kręci się wśród stolików, mruga do mnie, ale nic nie wiem, czy Józek jest, czy go nie ma, czy przerzut na partyzantkę nie szwankuje. Usiedzieć już nie mogę. Mańcia trajkoce z dwoma Niemcami po polsku, po niemiecku, podsuwa im kufle piwa. Dla nas niesie gorącą kiełbasę. Mój poeta zajada, aż mu się uszy trzęsą. Szczęśliwy. Ma swoje wiersze i koniec z jego konspiracją. Umawiam się z nim na popołudnie, choć z góry wiem, że to wykręt. Chcę się go jak najprędzej pozbyć. Odchodzi, pewnie do Zbyszka, a może ma tu jeszcze kogoś w Radzyniu. Mańcia przysiada na krześle.“(10)
precel |Bolek i Lolek |Flinstonowie
„Józek nie wrócił. Znów śpię na jego łóżku. Poeta w stodole. Gospodyni wspaniałomyślnie usłała łoże na nas dwoje „Przecie, jakże to Pani mąż będzie sam" Omal nie sklęłam baby. Ładnego męża mi wybrała! Płaczę w Józkową kołdrę, przepraszam za nie odpisane listy, taka jestem ciągle załatana. Niech wybaczy, niech się nie dziwi mojemu życiu. Może kiedyś po wojnie...
Pierwszy autobus wyrzuca nas na rynku w Radzyniu. Idę do restauracji, w której pracuje Mańcia, koleżanka Jadzi z Lubartowa. Manci jeszcze nie ma. Wobec tego poeta zaprasza mnie do swego kolegi, Zbyszka. Otwiera nam pani, którą wzięłam za siostrę Zbyszka, okazuje się, że to jego matka. Zbyszek i poeta zabierają się od razu do obgadywania swoich spraw. Mówią o poezji Pani Maria uśmiecha się pobłażliwie. Jej drugi syn, Jurek, o urodzie greckiego bożka, na razie milczy, słucha. Patrzę na panią Marię, na jej synów — jaki los czeka całą tę trójkę Kogo z nich oszczędzi wojna
W restauracji wszystkie stoliki zajęte. Mańcia w białym fartuchu wygląda jak pielęgniarka. Kręci się wśród stolików, mruga do mnie, ale nic nie wiem, czy Józek jest, czy go nie ma, czy przerzut na partyzantkę nie szwankuje. Usiedzieć już nie mogę. Mańcia trajkoce z dwoma Niemcami po polsku, po niemiecku, podsuwa im kufle piwa. Dla nas niesie gorącą kiełbasę. Mój poeta zajada, aż mu się uszy trzęsą. Szczęśliwy. Ma swoje wiersze i koniec z jego konspiracją. Umawiam się z nim na popołudnie, choć z góry wiem, że to wykręt. Chcę się go jak najprędzej pozbyć. Odchodzi, pewnie do Zbyszka, a może ma tu jeszcze kogoś w Radzyniu. Mańcia przysiada na krześle.“(10)
precel |Bolek i Lolek |Flinstonowie